Wspomnienia z Polski

John Darnton.............................
Michael Dobbs............................
Michael Kaufman....................
Korespondenci: John Darnton ......................New York Times
Michael Kaufman..............New York Times
John Tagliabue.....................New York Times
Michael Dobbs.....................Washington Post
Bradley Graham.................Washington Post
Jackson Diehl......................Washington Post
Victoria Pope .................Wall Street Journal
Nina Darnton.......New York Times Magazine


Michael Kaufman

Z lat spędzonych w Polsce najbardziej zapadło mi w pamięć uczucie radości z wykonywanej pracy i ogarniające mnie często zadowolenie z siebie, nieraz z nutą heroiczną. Nie mówię, że byłem prawdziwym bohaterem - kimś, kto okazuje wielką odwagę cywilną, poświęca się i ponosi ryzyko dla społecznego dobra. Na to nie było mnie stać. A jednak właśnie w doświadczeniach z tamtych lat najbardziej przypominały moje dziecinne marzenia o wielkich czynach. Snułem je w Nowym Jorku, ale to były polskie marzenia, kształtowane przez opowieści o życiu rodziców w Polsce przed moim urodzeniem.

Zanim znalazłem się w Warszawie, pracowałem przez blisko dziesięć lat jako korespondent w Afryce i Indiach. Widziałem kilka lokalnych wojen, podczas których wykonywanie reporterskich obowiązków stało się nieśmiałą próbą odwagi. W wielu targanych przez konflikty i walki regionach nabierałem sympatii do określonych osób lub ruchów - na przykład przeciwników apartheidu, walczących o demokratyczne rządy. Ogólnie jednak swoje uczucia i zachwyty zachowywałem dla siebie, uprawiając w dużym stopniu dziennikarstwo "geometryczne", na którym się wychowałem. Tą nazwą określa się "kartezjańską" metodologię pracy, opartą na założeniu, że prawdę można odnaleźć gdzieś pomiędzy biegunami absurdu określającymi daną sytuację. Dziennikarz powinien spotykać się i rozmawiać z przedstawicielami walczących stron, analizować z zachowaniem zawodowego sceptycyzmu ich argumenty i poddawać je szczegółowej, krytycznej ocenie. Rzeczywiście, w pluralistycznych, demokratycznych społeczeństwach podejście takie bywa całkiem efektywne. Jednak tam, gdzie linie podziału przebiegają pomiędzy silną władzą i zniewolonym społeczeństwem, gdzie jedną stroną konfliktu są funkcjonariusze szczujący psami spokojnych ludzi, a drugą ludzie przez te psy gryzieni, metoda ta ma swoje oczywiste ograniczenia.

Już w Afryce zdawałem sobie sprawę ze słabości tej metody i zachowanie profesjonalnego dystansu często przychodziło mi z trudem. Wiedziałem, że moje sympatie wyraźnie układają się po jednej stronie, ale nie chciałem tego okazywać. Powtarzałem sobie, że trzeba utrzymywać kontakt ze wszystkimi siłami i uważać, by nie zostać wydalonym z kraju. W Polsce argumenty te straciły dla mnie na sile. Przede wszystkim dlatego, że całkiem dobrze mówię po polsku i wszelkie niuanse i szczegóły rozumiałem w Polsce lepiej niż gdzie indziej. Przyjechałem tam blisko rok po wprowadzeniu stanu wojennego i szybko zrozumiałem, na czym polega to osobliwe przeciąganie liny przez państwo i partię z jednej strony, a społeczeństwo z drugiej. Był to konflikt o cechach surrealistycznych - być może najlepiej oddawała go wspaniała Mała apokalipsa Konwickiego. W ten sposób kształtowało się coś w rodzaju rudymentarnej umowy społecznej. Władze wzięły najpierw zakładników, wsadzając do więzień tysiące ludzi. Potem zaczęły ich wypuszczać, kupując sobie nadzieję na grzeczne zachowanie spauperyzowanego społeczeństwa. Kiedy w zamknięciu pozostała już tylko ostatnia garstka zakładników-dysydentów, władze uzgodniły, że ów trzon opozycji zostanie deportowany na francuską Riwierę. I wtedy w przebłysku geniuszu rodem z teatru absurdu Adam Michnik napisał z więzienia list otwarty, dyskredytujący ministra spraw wewnętrznych za próbę uniemożliwienia mającemu swą godność polskiemu patriocie prawa do pobytu w więzieniu i sprawiedliwego procesu.

  wstecz     |     index     |     dalej  
HYPERmedia 2002
Korespondent New York Times